Przyczyny i predyspozycje

Podstawową przyczyną choroby afektywnej sezonowej (ChAS) i subklinicznych sezonowych zaburzeń nastroju (w uproszczeniu w dalszym tekście będę używał łącznego określenia ChAS na oznaczenia całości zjawisk) jest bezwzględny niedobór światła. Chciałoby się w tym miejscu odruchowo dodać „światła słonecznego”, ale nie byłoby to prawdziwe.

Z punktu widzenia fizjologii organizmu nie ma znaczenia czy światło jest słoneczne, księżycowe czy też pochodzi z ogniska bądź żarówki, chodzi więc  o niedobór jakiegokolwiek światła, choć rzeczywiście w warunkach naturalnych mamy do czynienia z niedoborem światła słonecznego. Na początku lat 80-tych XX wieku sądzono, że przyczyną ChAS może być skrócenie dnia i wydłużenie nocy lub przekroczenie pewnej proporcji między czasem trwania tych części doby, jednak badania eksperymentalne wykazały, że chodzi jedynie o bezwzględną ilość światła czyli o to, ile kwantów światła znajdzie się ostatecznie na siatkówce. Tak więc, z punktu widzenia regulacji zegara biologicznego, nie powinno mieć znaczenia czy dzień będzie krótki, ale bardzo słoneczny, czy też pochmurny, ale znacznie dłuższy. Niestety w warunkach naturalnych zazwyczaj mamy do czynienia z taka sytuacją, że dni krótkie są równocześnie ciemne i pochmurne, a na dużo słońca możemy liczyć wówczas, gdy dzień i tak jest długi. Statystyki meteorologiczne wskazują, że w okresie listopada-grudnia w Polsce mamy zazwyczaj szansę na jeden słoneczny dzień w ciągu miesiąca, a to niestety o wiele za mało.

Tak więc w warunkach polskich krótkie dni są niemal jednoznaczne z dniami ciemnymi  (choć w przypadku śnieżnej zima sytuacja może się zmienić), na Świecie są jednak miejsca, gdzie te dwa czynniki – długość dnia i bezwzględne nasłonecznienie – są od siebie dość wyraźnie oddzielone. Na przykład w badaniu epidemiologicznym, przeprowadzonym pod koniec XX wieku w Japonii, która z geograficznego punktu widzenia jest archipelagiem składającym się z 6852 wysp (tak twierdzi Wikipedia) stwierdzono, że na tych wyspach, na których są czynne wulkany, a więc mniej światła dociera do powierzchni ziemi, częstość występowania ChAS jest większa niż tam, gdzie wulkany nie dymią, mimo że długość dnia jest na wszystkich wyspach bardzo podobna. Jest to jeden z dowodów na to, że istotnym czynnikiem jest bezwzględna ilość światła, a nie czas naświetlenia, albo innymi słowy, że ten sam efekt można uzyskać przy pomocy długiej ekspozycji na słabe światło i krótkiej ekspozycji na mocne. Prawidłowość ta jest zresztą wykorzystywana w fototerapii.

Dlaczego w takim razie w tych miejscach na Ziemi, gdzie jesienią i zimą jest zbyt mało światła nie ma jednej wielkiej epidemii ChAS? Co gorsza, z punktu widzenia tego rozumowania, a nie pacjentów rzecz jasna, bywa nawet wręcz przeciwnie. W Islandii, kraju położonym na całkiem dalekiej północy, częstość występowania ChAS ocenia się na około 1%, podczas gdy w krajach położonych zdecydowanie bardziej na południe (np. we Włoszech) depresja zimowa może występować nawet u 10% mieszkańców. Można by z tego wnioskować, że światło nie ma tu w ogóle nic do rzeczy i trzeba pomyśleć o innym czynniku. W rzeczywistości niedobór światła jest warunkiem koniecznym, ale nie jedynym.

Trzeba przede wszystkim zastanowić się nad tym, co oznacza samo pojęcie niedobór. W tym przypadku nie chodzi o żadne bezwzględny niedobór światła, ale o niedobór z punktu widzenia konkretnej osoby. Wszystko wskazuje na to, że różni ludzie mają różne, być może nawet bardzo różne, zapotrzebowanie na światło. Wiele wskazuje na to, że decydują o tym czynniki genetyczne. Nie należy tego rozumieć w ten sposób, że u człowieka występuje jakiś pojedynczy gen, od którego zależy czy wystąpi ChAS. Chodzi raczej o wspólne występowanie kilku czy kilkunastu genów decydujących m.in. o wrażliwości siatkówki oka na światło, ale także o budowie receptorów serotoninergicznych, noradrenergicznych i innych. Dopiero wspólne wystąpienie, spotkanie się, tych różnych czynników odziedziczalnych czyli genetycznych może sprawić, że ktoś będzie bardziej lub mniej podatny na wystąpienie zimowej depresji. Innymi słowy można powiedzieć, że prawdopodobnie każdy człowiek jest w jakimś stopniu podatny na wystąpienie ChAS, ale u dużej części osób ta podatność jest niewielka i dla wywołania zaburzeń konieczne byłoby umieszczenie takich osób w całkowitej ciemności. Inni ludzie są natomiast bardzo wrażliwi i już niewielkie obniżenie dawki światła, które następuje we wrześniu wystarczy, aby zapoczątkować łańcuch różnych patologicznych wydarzeń (będę o tym pisał w dalszej części).

Wracając do islandzko-włoskiej zagadki dotyczącej mniejszej częstości występowania ChAS w kraju, w którym ilość światła jest wyraźnie mniejsza. Prawdopodobnie rozwiązaniem tej zagadki jest genetyka. W Islandii od około 1000 lat nie było żadnych dużych migracji z zewnątrz, co prawda ludzie wyjeżdżali stamtąd w poszukiwaniu nieco łatwiejszego życia, ale mało kto, aż do drugiej połowy XX wieku, szukał swojego szczęścia na tej skalistej, biednej wyspie. Tysiąc lat to z punktu widzenia genetyki bardzo niewiele, ale w sprzyjających warunkach to może wystarczyć do wytworzenia nowego, bardziej przystosowanego genotypu. Ponieważ w przypadku tak mało nasłonecznionej wyspy jak Islandia skłonność do występowania zaburzeń nastroju zależnych od warunków oświetlenia jest rzeczą skrajnie niekorzystną, trudno się dziwić, że posiadacze odpowiedniego, a właściwie nieodpowiedniego, genotypu mieli skłonność do wymierania bezpotomnie. Zupełnie odwrotnie miała się rzecz z osobami odpornymi na zmiany warunków oświetlenia – one rozmnażały się najlepiej, przekazując swój odporny na brak światła genotyp następnym pokoleniom. Aby sprawdzić słuszność tej hipotezy islandzcy naukowcy zbadali sporą grupę swoich rodaków, którzy wyemigrowali kilka pokoleń temu do Kanady, gdzie nadal żyją we względnie zamkniętej społeczności – to znaczy zachowują podstawowe cechy genetyczne przywiezione z ojczyzny. Okazało się, że także wśród kanadyjskich emigrantów z Islandii częstość występowania ChAS jest niezwykle niska i wynosi około 1%. Tymczasem wśród zamieszkujących ten sam rejon Kanadyjczyków częstość występowania ChAS jest znacznie wyższa i wynosi nawet do 8%. Wyniki tego badania bardzo wyraźnie potwierdzają, że ChAS jest zaburzeniem przekazywanym genetycznie.

W zasadzie każda społeczność żyjąca na dużych szerokościach geograficznych (zarówno północnych jak i południowych) mogłaby się uodpornić na ChAS, ale naturalne uodpornienie trwa co najmniej  setki lat, a przy obecnym nasileniu migracji nie ma żadnych szans, żeby jakaś populacja utrzymała genetyczną trwałość tak długo. Innymi słowy, gdyby do Polski nie przyjeżdżali goście z zewnątrz i gdyby nie mieli tu potomstwa, to za mniej więcej 1000 lat nie mielibyśmy żadnych istotnych problemów z zimową depresją, ponieważ ci, którzy by takie problemy mieli dawno wymarliby bezpotomnie. Jest to świetny sposób zlikwidowania problemu depresji zimowej wymaga jednak dużo cierpliwości i sporo ofiar w ludziach.

Kurt Vonnegut podał w jednej ze swoich książek (rozwiązanie zagadki dla ciekawych – w „Galapagos”)  receptę na to, żeby wszyscy ludzie mieli zdrowe zęby (a w każdym razie znaczna większość ludzi). Niemożliwe? Skąd znowu, całkiem nietrudne – trzeba tylko obniżyć średni wiek do 15 roku życia. W tym wieku ludzie mogą się już rozmnażać, a mają zwykle zdrowe zęby. Właśnie tak działa dobór genetyczny – efekty są świetne, ale bardzo kosztowne. Wiele osób na wieść o stuletnim i niezwykle zdrowym starcu mawia, że „kiedyś to byli zdrowi ludzie”, nie myślą przy tym ile osób z tego rocznika musiało umrzeć, aby została ta jedna, niezwykle zdrowa.

Podsumowując ChAS to zaburzenie wywołane przez niedobór światła, w grupie osób, które są na taki niedobór genetycznie podatne. Osoby genetycznie odporne nie zachorują nawet wówczas, gdy światła będzie bardzo mało i na odwrót osoby bardzo podatne zachorują nawet wówczas, gdy światła będzie względnie dużo.

Czy styl życia ma znaczenie dla występowania ChAS, czy jest coś takiego we współczesnym stylu życia, co może wpływać na ryzyko występowania tej choroby?

Oczywiście tak. Zwykle nie zastanawiamy się nad tym, ale jesteśmy jednym z pierwszych pokoleń ludzi (mam na myśli tzw. Świat Zachodni), w którym tak duży odsetek osób pracuje w zamkniętych pomieszczeniach. Złożyło się na to bardzo wiele różnych przyczyn, praca specjalistyczna stała się bardziej opłacalna niż o wiele cięższa praca fizyczna, w wielu zakresach ludzi zastąpiły maszyny, ale nie bez znaczenia jest również fakt wprowadzenia na szeroką skalę sztucznego oświetlenia, które pracę w pomieszczeniach zamkniętych umożliwia. Samo sztuczne oświetlenie nie jest więc przyczyną, dla której ludzie pracują w takich warunkach, jest jednak warunkiem niezbędnym takiej zmiany.

Czy to źle z punktu widzenia sezonowych zaburzeń nastroju, że ludzie przesiadują przy sztucznym świetle?

Szczerze mówiąc sam fakt pochodzenia światła nie ma zupełnie żadnego znaczenia. Światło to nie masło czy miód i podział na sztuczne i naturalne nie ma żadnego specjalnego sensu. Niezależnie od sposobu wytwarzania, fale świetlne są zbudowane tak samo i tak samo działają na zegar biologiczny człowieka.
Dlaczego więc fakt, iż obecnie, jak nigdy dotąd w całej historii ludzkości, aż tak wiele osób spędza większość życia przy świetle sztucznym, miałby mieć wpływ na częstość występowania zaburzeń nastroju związanych z porą roku, lub bardziej ogólnie z natężeniem światła? Odpowiedź jest całkiem prosta – otóż wcale nie chodzi o to, że jest to światło sztuczne, jedyny problem polega na tym, że jest to światło słabe! Z punktu widzenia regulacji nastroju nie ma najmniejszego znaczenia czy źródłem światła jest słońce, jakaś inna gwiazda, łuczywo, łojowa świeczka czy lampa jarzeniowa. Chodzi jedynie o bezwzględne natężenie tego światła. Problem polega na tym, że przez setki czy tysiące lat ludzie nie umieli wyprodukować źródła światła o wystarczającej mocy, albo jeśli byli do tego zdolni, to w codziennym zastosowaniu takie źródło światła było niepraktyczne, jeśli jego natężenie było duże. Przy pomocy konwencjonalnej żarówki z drucikiem można oczywiście skonstruować źródło światła o dużym natężeniu, ale jednocześnie konstruuje się w ten sposób naprawdę solidne źródło ciepła, a w następstwie także źródło poważnych kosztów (zdaje się, że nawet przy pomocy ogniska można osiągnąć niezłe rezultaty, co w swoim czasie udowodnił Neron). Co gorsza zapłacimy za coś, czego nie zamawialiśmy, a jest to przecież jeden z najgorszych koszmarów cywilizowanej ludzkości (w porządnych jaskiniach problem ten prawdopodobnie nie istniał, powołali go do życia dopiero starożytni Fenicjanie wynajdując pieniądz, a wraz z wprowadzeniem karty prepaidowej i sprzedaży internetowej osiągnął swoje apogeum – obecnie większość ludzi wydaje większość swoich pieniędzy na rzeczy, których tak naprawdę nie zamawiali!). Płacimy głównie za ciepło – na to idzie większość mocy – choć potrzebujemy światła. Nie jestem specjalistą od oświetlenia, ale rozumiem, że problem ten rozwiązuje nowoczesne źródła światła – lampy luminescencyjne i LED. Tak więc problem jest technicznie rozwiązany, ale w znacznej większości miejsc pracy, także w naszych domach, w których przecież również pracujemy, wszystko pozostało po staremu – to znaczy światła jest o wiele za mało, choć bez wielkich nakładów finansowych mogłoby go być o wiele, wiele więcej, na przykład tyle, że byłoby go w sam raz. Czemu tak nie jest? Myślę, że główną przyczyną jest zjawisko, które można określić jako dyskretne działanie światła (poruszone w dziale „Światłoterapia > Sposób działania„).

Czy praca w zamkniętym pomieszczeniu w zbyt słabym świetle to jedyny problem cywilizacyjny związany z występowaniem ChAS?

Prawdopodobnie nie, znam przynajmniej jeszcze jeden. Jest nim nadmierne czytanie… Przypuszczam, że dla wielu osób zabrzmi to dziwnie – czy można za dużo czytać skoro wszyscy wokół narzekają, że ludzie czytają zbyt mało? Oczywiście, że można, przecież nie chodzi o to ile się czyta, ale jakie teksty. Mnóstwo ludzi czyta za dużo tego, czego nie powinni czytać w ogóle. Ale w tym przypadku nie o to chodzi. Nie chodzi o treści, lecz o samą czynność czytania czyli „uważnego oglądania drobnych gryzmołów” – bo tym jest czytanie z punktu widzenia ludzkiego oka. Dla oka czytanie (oczywiście także połączone z pisaniem), nawet jeśli jest czytaniem bez żadnego zrozumienia, jest forsowną gimnastyką. Jak wygląda facet, który każdego dnia spędza kilka godzin na siłowni i nie oszczędza się? A jak wygląda oko, które po kilka godzin dziennie czyta – napisy w metrze, napisy w autobusie, reklamy na ulicy, napisy na żółtym pasku w telewizorze, napisy na białym pasku, napisy na czerwonym pasku, a nie można nawet wykluczyć, że ktoś przeczyta książkę? (Nawet to jest możliwe). To oko też rośnie jak bicepsy dresiarza. A im oko jest większe, tym mniej światła dociera do siatkówki, ale także do komórek zwojowych. W związku z tym regulacja zegara biologicznego coraz gorsza, a wystąpienie sezonowych zaburzeń nastroju coraz bardziej prawdopodobne. Rzeczywiście, badania prowadzone w grupie osób zgłaszających się do poradni leczenia krótkowzroczności wskazują, że prawdopodobieństwo wystąpienia u nich sezonowych zaburzeń nastroju jest istotnie większe niż u osób dobrze widzących. A prawdopodobieństwo występowania krótkowzroczności u osób dużo czytających jest istotnie większe niż u analfabetów. Co było do dowiedzenia…
Nie można wykluczyć, iż także inne czynniki związane z współczesną cywilizacją mogą mieć wpływ na występowanie ChAS, ostatecznie żyjemy w bardzo dziwnych warunkach, z którymi nasi przodkowie nigdy się nie zetknęli.

pic_author

Autorem tekstu jest
prof. dr hab. n.med Łukasz Święcicki
II Klinika Psychiatrii Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie